Już wczoraj chciałam napisać coś więcej w moim blogu, ale za bardzo nie wiedziałam co.
Właściwie co?
Zbyt dużo problemów uzbierało się w czasie ostatnich 10 lat mojego życia. To, co muszę, powinnam tu podkreślić to fakt, że nie piszę tych wspomnień by kogoś pognębić. Bynajmniej. Proszę zwrócić uwagę, że w moim blogu nie ma żadnych nazwisk, nie ma nazw miejscowości, w których pracowałam, nie ma szczegółowo wymienionych szkół, gdzie uczyłam. Nie o to zatem tu chodzi. Także ja nie jestem podpisana imieniem i nazwiskiem. Być może powinnam to uczynić.
Czy kieruje mną strach? Na pewno. Do dziś nie wiem ile w moim zachowaniu jest strachu, a ile zdrowego rozsądku. Po prostu. To pokaże najbliższy czas. Tak myślę i pozostawiam odpowiedż na to pytanie NA DZIEŃ DZISIEJSZY otwartą. Niemniej uważam, że moje pisarstwo w tym blogu nie powinno służyć konkretnym oskarżeniom. Nie mam podstaw prawnych po prostu by je wnieść - wszystko co wiem to jakieś poszlaki, które pasują do praw mojej logiki życiowej. Poza tym byłam już w sądzie pracy i to dwukrotnie - za każdym razem przegrana. Nie mam więc prawa z tego również powodu uważam oskarżać w tym blogu imiennie konkretnych osób. Skoro państwo polskie przyznało im rację - niech je ono także pogrzebie w całości swojego myślenia - z honorem.
Mam tu na myśli także sądy pracy w tym kraju bo nie rozumiem zupełnie dlaczego ja moje 2 sprawy o zwolnienie dyscyplinarne i mobbing a dalej o niesłuszne stosowanie kar porządkowych wobec mojej osoby - po prostu przegrałam. O ile w pierwszym wypadku w grę wchodziło TAKŻE odszkodowanie finansowe to w drugim przypadku roszczeń finansowych żadnych już nie wnosiłam i tym bardziej nie rozumiem jak sąd pracy mógł się przychylić do postulatów wnoszonych przeciwko mojej osobie przez osobę pani dyrektor. Wszystkie dokumenty z rozpraw sądowych oczywiście posiadam - wnioski, punkty, które przedstawiałam, także materiał dowodowy. Postanowiłam wszystkie te szczegóły przedstawić także na moim blogu. Pokazać ludziom jak wygląda praca oświaty polskiej w szczegółach, w wersji tzw. day by day.
Niech sobie to kto chce przeczyta. Ja moje procesy przegrałam i wiedziałam gdzie jest moje miejsce. Dziś napiszę tak - być może do tych procesów miało nie dojść i tyle. Zawsze można przecież pozew wycofać bo pretensje są dziś wyłącznie do mnie - bo ośmieliłam się pójść do sądu pracy i pozwać szkołę o mobbing. No zgadza się - ośmieliłam się. Ale pozew można było przecież wycofać. Jaki powód? Na przykład generalnie kiepska opinia szkoły, restrukturyzacja placówki stawiająca pod znakiem zapytania w ogóle jej przyszłość - BO TAKIE BYŁY FAKTY w roku szkolnym 2005/2006. Co ja miałam myśleć o zmianach, jakie zaszły i zachodziły na moich oczach w placówce oświatowej, w której rozpoczęłam pracę dydaktyczną w roku szkolnym 2004-2005?
We wrześniu roku szkolnego 2005-2006 trwał tam bardzo zaawasowany remont, a właściwie restrukturyzacja całej placówki. Niestety była to taka tajemnica, że nie byłam w stanie uzyskać informacji co się tam właściwie działo. Ze szkoły średniej , w której pracowałam w roku szkolnym 2004-2005 pozostały już tylko właściwie wspomnienia. Jak piszę we wrześniu roku szkolnego 2005-2006 trwały tam zaawasowane prace remontowe. Szkoła składała się z 2 budynków i pomieszczeń warsztatowych - trzeci budynek. We wrześniu roku szkolnego 2005-2006 jeden budynek szkoły był całkowicie przeorganizowywany, trwał tam zaawasowany remont. Budynek ten stanowił moje miejsce pracy. Dlaczego nikt mi o tej zmianie nie powiedział w czerwcu roku 2005? Przecież spokojnie mogłam sobie inna pracę znaleźć. Czy to był jakiś wielki problem mi powiedzieć, że w wakacje powinnam sobie PRZY MOICH KŁOPOTACH po prostu znaleźć inną pracę gdyż na dodatek w szkole będzie remont, jej przyszłość to jeden wielki znak zapytania?
Dlaczego nikt nic mi nie powiedział na ten temat.
O ocenie negatywnej pracy mojej, którą otrzymałam w tej placówce 27 kwietnia 2005 po powrocie z długiego weekendu na początku maja 2005 wiedziało już wiele osób z grona tej szkoły. Bo w tym momencie mam pretensje nie tylko do imbecylnej jak dla mnie dyrekcji w tej placówce , ale także już do grona. Jak oni mi życzyli? Przecież poszłabym od nich z negatywną oceną pracy także gdybym wiedziała, że szkoła w zasadzie jest przeznaczona do likwidacji bo tak mi to wyglądało we wrześniu 2005. W takim razie miałabym całkowicie logiczne uzasadnienie faktu mojego odejścia z negatywną oceną pracy do innej placówki. Nie wiem czy przyznałabym się do tego "wyróżnienia" - na pewno też nie mam złudzeń, że życzliwi by o tym poinformowali kolejną dyrekcję. Jednak każdą ocenę można przecież poprawić. Wystarczy stanąc po stronie ofiary, ale PO CO?
Właśnie w tym momencie wychodzi na jaw cała specyfika tamtej szkoły i to jak ludzie, którzy tam pracowali oprócz nieprzeciętnego dla mnie egoizmu zyciowego i po prostu kompletnego braku
zainteresowania kimkolwiek oprócz ich własnej osoby - a to tak w szkole powinno być? - zdominowani byli wyłącznie strachem przed nieobliczalnym dyrektorem. No i tu jest tylko takie pytanie filozoficzne JAK ŻYĆ? Jednak szkoła dla mnie powinna kojarzyć się z jakąś logiką, z jakimś systemem, który powinien być czytelny. Pracują tam ludzie z wyższym wykształceniem - trudno w to uwierzyć. Ja osobiście nie chcę oceniać pracowników tej szkoły - oni mnie ocenili, a państwo polskie przyznało im rację, jednak chyba całość PARANOJI i PARANOICZNYCH problemów jakie tam spotkałam wynikła z tego, że takiego egoizmu życiowego w szkole nie spotkałam nigdzie więcej.
Zawsze są jakieś problemy przecież w takich placówkach - ludzkie także. Nie wyobrażam sobie na dzień dzisiejszy bym mogła tam na stale pracować. Tam można było po prostu rozpuścić się w powietrzu i nikogo by to w ogóle nie wzruszyło. Jest to bardzo smutne jak dla mnie i dzś i w czasei gdy tam pracowałam. A poszłam pracować do nieznanej mi placówki. Jestem osobą do dziś, która zawsze reagowała na to, co się wokół niej dzieje. Np. remont. Wykazałam jakąś reakcję jak dla mnie, że w szkole odbywał się remont, o którym nikt nie raczył mnie wcześniej poinformować, żebym tym bardziej mogła pracę zmienić.
I teraz tu jeszcze taka kwestia - w szkole tej otrzymałam negatywną ocenę pracy od pani dyrektor, która kazała mi dowieść swego powołania do pracy nauczycielskiej śmiercią z uczniami na wzór Janusza Korczaka. Jednym z jej argumentów do wstawienia mi negatywnej oceny pracy, który mnie SZCZEGÓLNIE zabolał był argument : NAUCZYCIEL WYKAZUjE SPOZNIONĄ REAKCJE NA TO CO SIĘ DZIEJE WOKÓŁ NIEGO.
To zabolało mnie najbardziej z takiego oto powodu - w grudniu roku szkolnego 2004-2005 na mojej lekcji zaraz po dzwonku miał miejsce poważny wypadek. Przy drzwiach doszło do przepychanki pomiędzy dwoma uczniami SZKOŁY ŚREDNIEJ i skończyło się to ucieczką z lekcji jednego z nich o ile pamiętam oraz połamaną ręką. Prosiłam w tym samym momencie panią dyrektor, żeby na lekcję przyszła - a była to godzina wychowawcza i porozmawiała z moją klasą w mojej obecności na temat wielu problemów wychowawczych, które ta klasa sprawiała mi od początku roku szkolnego 2004-2005. Niestety pani dyrektor ZNOWU NIE MIAŁA DLA MNIE CZASU.
Czas dla mojej klasy dyrekcja tamtej placówki znalazła dopiero w czerwcu roku szkolnego 2004-2005. Wtedy to zarządzono KARNĄ WYWIADÓWKĘ DLA RODZICÓW tychże uczniów.
Nie rozumiałam tego polecenia zupełnie i je zignorowałam bo Dyrekcja w moich oczach robiła ze mnie osobą chorą umysłowo. Całość zajścia poza tym była wymuszona, klasa miała już wstawione oceny, każdy wiedział czego się może dalej spodziewać. Dlaczego akurat wtedy mieli sprawiać problemy wychowawcze? Problem zignorowałam gdyż oceny z zachowania także były już wstawione. Nie można było przyjść na lekcję wychowawczą w tak trudnej klasie ani we wrześniu roku szkolnego 2004-2005 ani w październiku, ani w listopadzie, grudniu, styczniu, lutym, marcu, kwietniu, maju - w połowie czerwca jeszcze jedną wywiadówkę sobie zarządzono dosłownie dzien po mojej wywiadówce. A o obecność dyrekcji na jakiejś wywiadówce także przecież prosiłam.
To tyle co chcę napisać dziś.
Ciąg dalszy nastąpi.
Jeszcze raz zachęcam do komentowania mojego bloga.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz